Chyba każdy spośród praktykujących miłośników kolei ma jakieś swoje ulubione węzły. Niektóre dworce, układy torowe czy miasteczka po prostu się pamięta. Ja pamiętam Krzyż. Myśli często krążą wokół architektury wyspowego dworca, niemal pewnego widoku ciężkich spalinowych lokomotyw zwanych w kolejarskim żargonie gagarinami… Wspominam wiecznie szumiący pragotron – to też z kolejarskiej gwary, idzie o tablicę wyświetlającą najbliższe odjazdy za pomocą przesuwanych klapek – w poczekalni, który szumi odkąd byłem tu pierwszy raz, koloryt kiosków stojących tuż obok kas, nie potrafię zapomnieć specyficznego zapachu – pomieszania charakterystycznej dla kolei ostrej woni smarów i żelaza, wiecznej dworcowej duszności i jakichś słodyczy – w środku zawsze pachnie tak samo.
Gdy wspominam tacie o podróżach pociągiem – często pyta mnie czy przejeżdżałem przez Krzyż. Nie pamiętam co, ale coś tu kiedyś robił – malował chyba jakieś elementy wyposażenia, albo coś podobnego – w ramach peerelowskich robotniczych praktyk studenckich. Musi mieć sentyment skoro do tej pory to wspomina. Poszukałbym tego czegoś, spojrzał czy zostały choć strzępki emalii, którą pewnie czuć było jeszcze kilka dni później na połach jego kurtki, gdybym pamiętał co to było. Ale zawsze zapominam spytać zanim tu wyruszę. Nie spytałem w grudniu – gdy przesiadałem się tu na poranny do Kostrzyna, nie zapytałem przed styczniową objazdówką, a w lutym się chyba nie zapuszczę w te strony. Nie szukam więc – biorę w rękę styropianowy kubek herbaty i zanurzam się w jej aromacie. Przez chwilę istniejemy tylko we troje – ja, czaj i odchodzące pociągi.