Do dziewiętnastego wieku piękno było czymś obiektywnym i wyrażało się w doskonałej harmonii opartej na “złotym podziale”. Sztuka zaś miała za zadanie przedstawiać owo piękno. Wszystko było jasne i proste, a ludziom żyło się szczęśliwie. Aż pewnego dnia wtargnął do ludzkich umysłów relatywizm, który wszystko zburzył. Obecnie nie wiadomo, co jest, a co nie jest sztuką. W niniejszym artykule spróbuję trochę podywagować na ten temat. Będę to czynił, oczywiście, wyłącznie po to, by na samym końcu zdyskredytować relatywizm, a, jako skończony laik w dziedzinie teorii sztuki, posługiwał się będę pseudointeligentnymi uwagami.
“Wenus z Urbino” – Tycjan – jeden z cudniejszych obrazów w historii malarstwa, jak sądzę. (więcej…)
Z zamiarem stworzenia tego artykułu noszę się od dość dawna, dokładniej – od czasu, gdy Arkazy napisał o swoim przeciętnym dniu. W morzu komentarzy wyłowiłam zdanie: “jakoś mi się tak ubzdurało, że niemożliwym jest być człowiekiem oświeconym i jednocześnie promieniować radością”.
Możliwe.
Nie roszczę sobie oczywiście praw do nazywania siebie człowiekiem oświeconym, ale myśleć mi się zdarza. Zainteresowanych efektami moich wysiłków zapraszam do tekstu.
Art. 54.
1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.
2. Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej.
ale Kodeks Karny:
Art. 256. Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Art. 257. Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną innej osoby,
podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
Nie jestem żadnym ekspertem, ale mój znajomy student prawa twierdzi, że te zapisy stoją w lekkiej sprzeczności.
Ja uważam, że się wykluczają i według mnie nie można stworzyć całkowicie demokratycznego i wolnego kraju nie opierając go o całkowitym respekcie dla praw człowieka. A wy?
Przyznam szczerze, że niewiele mi się z Węgrami kojarzy i zapewne nie jestem w tej kwestii wyjątkiem. Nasze pojęcie o historii i kulturze tego niedalekiego kraju składa się z mglistych, migawkowych obrazów: Turcy pod Warną, filmy Istvana Szabo, tanie wino Egri Bikaver i Chłopcy z placu broni czytani w szkole. Próżno jednak doszukiwać się tych elementów w esejach Krzysztofa Vargi, gdyż na szczęście autor ma na temat węgierskiej tożsamości znacznie więcej do powiedzenia. (więcej…)
Wygrzebał z szuflady stare zdjęcie. Jak co wieczór, zapatrzył się na staromodną, sepiowaną fotografię – ojciec w mundurze na jakiejś wojskowej gali; prezentacja broni czy inna podobna pompa. Pełna elegancja. Z tyłu krótka dedykacja. Pozaginane rogi i tłusta plama na środku kartonika żywo kontrastowały z bijącym z obrazka sznytem – może właśnie dlatego lubił się wpatrywać w akurat tę odbitkę, wydawała mu się mniej oficjalna niż pozostałe trzy, schowane gdzieś głębiej. Razem – cztery pamiątki, cztery ikony człowieka – ot, cały pozostały wizerunek. Nie pamiętał nic z zapewne czułych uścisków taty z dzieciństwa, nie przypominał sobie jego głosu, koloru oczu, nie kojarzył mu się z żadnym zapachem, z żadnym rytuałem ani gestem; z niczym. Cztery ślady były, obok imienia w papierach, jedynym dowodem na posiadanie ojca.
Każdy wieczór spędzał z książką lub telewizyjnym pilotem w ręku. Każdy, ale nie ten. Po raz pierwszy od dawna żywo zapragnął obejrzeć pozostałe zdjęcia, pojechać na wieś, do mamy – i zapytać o to jaki był, co mówił gdy zabierali go na wojnę, co pisał w spalonych czy zakopanych w czasie wojennych przeprowadzek listach z frontu. Chciał wiedzieć więcej i więcej – o wszystkim; sam zaskoczony faktem nagłego zainteresowania jął grzebać w szufladowych śmieciach. Wśród wyciągów bankowych, biletów-kartoników z wycieczek sprzed lat, zeszytów z notatkami z nigdy niedokończonych studiów i nigdy nieprzejrzanych numerów prenumerowanej chyba tylko z przyzwyczajenia “Twórczości” odnalazł szarą kopertę, a raczej – zwinięty arkusz papieru. Łapczywie rozwinął pakunek i z nabożeństwem oglądał fotografie: chyba dyplomowy – niewielki i do bólu bez wyrazu portret, jeszcze jedno ujęcie w mundurze – ale tym razem w polowym, ubłoconym i podartym, ale w przepisowej pozie na baczność – pewnie tuż po powrocie jednostki do koszar dokumentowano jej stan, i jeszcze jedno ujęcie z jakiegoś wojskowego apelu, w szeregu dwudziestu sześciu czy siedmiu niemal identycznych żołnierzy – ojca nie rozpoznał, ale o jego bytności świadczyła krótka dedykacja dla matki ołówkiem kopiowym nakreślona na odwrocie; pewnie zdjęcie przyszło z jakimś listem.
Zbliżała się północ gdy wreszcie odłożył drogocenne kartoniki. Sam nie wiedział kiedy zaczął przecierać oczy miękką chustką. Wiedział tylko, że – choć nadal nie wiedział o nim prawie nic, ojciec stał się dla niego kimś ważnym.
Powyższa marnawa pisanina to efekt zastanawiania się – właściwie dlaczego rodzina jest dla nas tak ważna. Dlaczego nawet nieznanych jej członków traktujemy jak bliskich i jak głęboko więzy krwi zakorzenione są w człowieku. Zapraszam do opisania własnych refleksji na ten temat.